Pierwszy Dzień Wiosny 2009

01 July 2011

Niby nic takiego, Beskidy. Beskid Sądecki. Małe górki, takie ot na przyjemny, wiosenny spacerek. Z takimi też zamiarami wybieraliśmy się wraz z grupą znajomych na pierwszy dzień wiosny. Zaopatrzeni na 3-dniową wycieczkę wyruszyliśmy ze Szczawnicy do schroniska pod Bereśnikiem. Przy nikłym świetle dwóch czołówek, po niespodziewanym śniegu, powoli kroczyliśmy w górę. Zostawiliśmy za sobą ciepłe sklepami i latarniami miasto, aby wśród ciemnego lasu drapać się po całkowicie zasypanym szlaku.

Ścieżka, wpierw wyraźnie ograniczona przez drzewa, zaczęła uciekać. Znaki, niewidoczne dla nas bądź przez wąskie światło latarek, bądź zasypane przez pokłady białego puchu, przestały wskazywać drogę. To, co wydawało się być szlakiem, okazało się drogą na prywatną posesję. Mimo krótkiego podejścia, zmęczenie kopnym śniegiem dawało się we znaki. Nie wracamy – padła decyzja. Szybkie spojrzenie na mapę, orientacja w terenie, i po chwili maszerowaliśmy zasypanym polem, co jakiś czas pokonując niewielkie progi w postaci kanałów odwadniających.

W końcu radość – ubita droga! Po jakich 10 minutach marszu, gdzieś za wzgórzem widać niewyraźne jeszcze światło. W końcu światło zamieniło się na upragnioną bryłę schroniska. Ściągamy z siebie obsypane śniegiem buty, zanurzamy się w ciepło herbat i zupek chińskich. Rozmów przy piwie i kartach nie było końca, lecz po pewnym czasie, zmęczeni, jeden po drugim, zanurzyliśmy się we wspaniałe wnętrza śpiworów i objęcia zbawiennego snu.

Rano wszystko wyglądało piękniej – tony śniegu otaczające drewniany schron, słońce operowało przyjemnie, kolejni znajomi, którzy doszli tego ranka. W świetnych nastrojach, dość późno, wyruszyliśmy w dalszą trasę. Po chwili jednak rozdzieliliśmy się – część osób poszła przez dolinę na Prehybę, my zaś, grupą ośmioosobową, udaliśmy się w kierunku Dzwonkówki, aby Głównym Szlakiem Beskidzkim dotrzeć do tego samego schroniska co reszta towarzyszy.Trzygodzinną w lecie trasę liczliśmy tak na około 5h spaceru. Jakże się wtedy przeliczyliśmy!

Droga na Dzwonkówkę była czystą radością. Niewielki śnieg, łagodne podejście, przyjemne ciepło dawane przez górujące słońce. Zabawom i wygłupom nie było końca. Dość szybko dotarliśmy do rozwidlenia szlaków, krótki odpoczynek, po czym skierowaliśmy się w stronę Prehyby. I od razu niespodzianka – śnieg do kostek zaczął powoli zamieniać się w zaspy sięgające kolan. Dalej jednak w dobrych nastrojach, cóż to, my, młodzi, silni, nie takie rzeczy się robiło. Wkrótce dotarliśmy na przełączkę, na której zjedliśmy „obiad”, dogrzaliśmy się herbatą z termosu (słońce powoli chyliło się ku górom).

Przed dalszą drogą wystąpił problem – Paulinie odezwała się kontuzja kolana, które już wcześniej nieco ją bolało, teraz jednak straciła możliwość jego zginania. Próby niesienia jej przez śnieg spełzły na niczym – sama wędrówka przez zaspy była męcząca, co dopiero z drugą osobą na ramionach. Ustaliliśmy, że musi iść sama, wlokąc za sobą sztywną już nogę.

Szlak, początkowo łagodny, zyskał na nastromieniu. Zaspy do kolan nagle zaczęły sięgać pasa. Nagle telefon – to znajomi! Są już w schroniski i czekają na nas. Mówimy – będziemy za godzinę i ruszamy dalej. We czterech, najmniej zmęczonych, zmieniamy się na prowadzeniu. Torujemy tunel w śniegu tak, aby po 7 osobach była równa ścieżka – w końcu Paulina nie ma jak iść normalnie. Zaczyna zapadać zmrok.

Znaleźliśmy się w końcu, jak sądziliśmy, na szczycie „pierwszego wzniesienia” – trzy takie znajdowały się na naszej drodze do schroniska. Dzwonimy do drugiej grupy – czekają na nas przy piwie. Nam ani ono w głowie – przemoczeni już wtedy (goretex wytrzyma wodę, ale wsypującego się od góry do butów śniegu już nie), przemarznięci chcieliśmy już tylko ciepłego posiłku, herbaty i łóżka. Po niedługim czasie zapadły już całkowite ciemności – na to nie byliśmy przygotowani. Dwie czołówki – dla prowadzącego i idącej jako ostatnia Pauliny – to całe światło, jakie mieliśmy. Zero księżyca i gwiazd, schowanych za chmurami.

Po godzinie kolejny telefon – gdzie jesteście? „Na trzecim wzgórzu, za pół godziny będziemy” – odpowiadamy. Idziemy góra – dół, góra – dół, i tak w kółko. Nie mamy pojęcia ile „wzgórz” już przeszliśmy – wiemy jedynie, że ani wieży, ani schroniska nie widać, a my jesteśmy coraz bardziej wyczerpani. Prowadzę ja, śnieg sięga mi szyi, przede mną polanka – zero znaków szlaku. Idę sto, dwieście metrów – nic. Mówię: „czekajcie, idę sam, jak nie znajdę nic w ciągu 5 minut, wracam. Doszedłem do lasu, skrajnie wyczerpany głębokim śniegiem, mrozem i brakiem jakiegokolwiek napoju i pożywienia. Idę w las, śnieg na szczęście znów po pierś, ale dalej ciężki jak cholera. Wreszcie widzę – 50 metrów przede mną, na drzewie, znak. „Chodźcie!!!!” wydzieram się na całe gardło, nie mam siły wracać do reszty. Bogdan dociera i zmienia mnie na prowadzeniu.

Po jakiejś godzinie od ostatniego telefonu przypominam sobie, że mam wodę w plecaku – i to prawie trzy litry. Pijemy, lodowata, koło trzech stopni. Telepiemy się z zimna, ale usta wreszcie wilgotne. Zjedliśmy też resztki twardej jak kamień czekolady. Mimo tego nikt nie ma siły iść dalej. Pozbawieni nadziei na przetrwanie dzwonimy do znajomych – zbierzcie ekipę ratunkową i chodźcie z herbatą. Czekamy.

Następna godzina ciągnęła się w nieskończoność. Przemarznięci do szpiku, ja z kałużą w butach, ostatkiem sił podskakujemy, żeby nie zamarznąć. W końcu, gdzieś w oddali, mignęło światło. Wydzieramy się, odpowiadają stłumione dźwięki. Przeżyliśmy! Po chwili już są przy nas, gorąca herbata parzy, ale nie przestajemy jej sączyć. Zbawienne ciepło rozlewa się po całym ciele. Bartek i Wiktor, wypoczęci, biorą we dwóch Paulinę na barki. Po już przetorowanej ścieżce, powłóczącym krokiem docieramy do schroniska. Godzina 23. Trasa, która miała zająć 5 godzin, skończyła się po 11. Jeszcze tylko upragniona jajecznica, herbata i łóżko.

Powrót do Szczawnicy odbył się już bez komplikacji, no może poza chlupaniem w butach.

level(1); My life @ 16:22:04; leave comment